wtorek, 29 lipca 2014

Zawsze jest ktoś, kto oświetli Ci drogę. Część 11.

    Nie zdążył. Z kuchni przybiegł Tomek. Odepchnął go. I krzyknął:
Co ty do cholery robisz?!
Nie wtrącaj się!
Właśnie, że będę się wtrącał.
Robert spojrzał na mnie i wycedził:
Widzę, że znalazłaś sobie obrońce. Jesteś żałosna. Jeszcze bardziej niż mi się wydawało.
Coś ty powiedział! Nie będziesz jej obrażał i bił! – krzyknął Tomek.
Co? Boli cię świadomość, że masz tak beznadziejną siostrę?! Że nie potrafi sobie z niczym poradzić? Żal mi was.
      Tomek nie wytrzymał. Podszedł do Roberta i uderzył go pięścią w twarz, a później w brzuch. Robert skulił się pod uderzeniem, ale nie upadł. Po chwili wyprostował się i skierował się do wyjścia. Chyba uznał, że nie ma z większych szans w walce z Tomkiem. Zanim wyszedł zawołał jeszcze do Tomka, żeby oddał mu jego rzeczy. Tomek odpowiedział, że ma poczekać na zewnątrz i zachowywać się choć odrobinę jak człowiek. Ja podczas całego zajścia starałam się zachować spokój i nie płakać, ale kiedy Robert wyszedł nie mogłam już panować nad sobą. Usiadłam na podłodze i zalałam się łzami. Tomek przykucnął i przytulił mnie. Musiało minąć dobre pół godziny zanim się uspokoiłam. Tomek cały czas był przy mnie. Później wstał, powiedział, że załatwi tę sprawę z Robertem i wyszedł. Wrócił za dwadzieścia minut z Ewą. Musiał do niej zadzwonić, kiedy wyszedł z mojego mieszkania. Usiedliśmy w trójkę w salonie i rozmawialiśmy do późna. Cała ta sytuacja zaczęła mnie przerastać. Bałam się, że Robert nie odpuści tak łatwo. Bałam się go. Bałam się osoby, którą jeszcze kilka dni temu kochałam najbardziej w świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz