W
poniedziałek
rano już siedziałam w
samochodzie
Ewy na
fotelu pasażera. Jechałyśmy drogą
ekspresową na
północ. W radiu speaker zapowiedział kolejną piosenkę,
z
tych, które
chyba
wszystkim kojarzą się z
latem i wakacjami.
Ewa cały czas nawijała wspominając ostatnie wakacje, które
spędziłyśmy tylko we dwie. Była
bardzo podekscytowana. Ja zresztą też.
Już
nie
mogłam się doczekać kiedy
zobaczę morze i poczuję piasek pod stopami.
Po
kilku godzinach jazdy samochodem, zaczęłyśmy
odczuwać zmęczenie, ale nawet to nie psuło nam
humoru. Ba! Powiedziałabym nawet, że
bawiłyśmy się świetnie! Nawet lepiej niż rano. Gadałyśmy,
plotkowałyśmy, śpiewałyśmy,
grałyśmy w dawno
już zapomniane gry
z dzieciństwa. Właśnie
opowiadałam Ewie o mojej ulubionej bajce,
kiedy
po naszej prawej stronie spomiędzy drzew wyłoniło się morze.
Spokojne,
granatowoszare. Skąpane w złocistym blasku upalnego, letniego
słońca. Kiedy
je zobaczyłam
zamilkłam. Po prostu
zapomniałam,że przed chwilę cokolwiek mówiłam.
W
moim sercu nagle
pojawiło
się ukojenie.
Pierwszy
raz od dawna czułam się tak spokojnie, jakby wszystkie problemy
gdzieś zniknęły, jakby przestały mieć znaczenie.
Jakbym
została tylko ja i przyszłość. Jakbym zaczynała od zera.
Jechałyśmy
w milczeniu kilka minut. Kiedy woda skryła się na powrót za
drzewami głęboko westchnęłam. Po
chwili usłyszałam zmartwiony głos Ewy:
- Wszystko w porządku?
-
Tak. - odpowiedziałam.
Po
upływie jakiejś godziny byłyśmy już na miejscu. W
Łebie. Pod naszym pensjonatem.
Wyjmowałyśmy
walizki z samochodu
i zanosiłyśmy je do naszego wspólnego pokoju. Ewa
cały czas coś mówiła, ja byłam raczej milcząca. Sprawy
organizacyjne zajęły nam trochę czasu, ale zaraz po tym, jak udało
nam się z nimi uporać, przebrałyśmy
się w odpowiednie ciuchy i wyruszyłyśmy na poszukiwanie morza.
Dojście
na plażę zajęło nam jakieś dwadzieścia minut.
Wspięłam
się na wydmę i zobaczyłam Bałtyk w pełnej krasie. Był jeszcze
piękniejszy niż go zapamiętałam. Zeszłam
w dół, w głąb plaży.
Zdjęłam
sandały i poczułam pod stopami drobny, ciepły jeszcze piasek. Jak
zaczarowana podeszłam do wody. Moje stopy musnęła zimna, słona
woda. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w szum fal. Pomimo
tego, że
wokół mnie było mnóstwo osób, poczułam jakbym była tam sama.
Moje stopy zagłębiały się w mokrym piasku, a
morska bryza delikatnie łaskotała moją twarz. Znów
poczułam jak do mojego serca napływa ukojeniem, które poczułam,
kiedy po raz pierwszy zobaczyłam dziś morze. Stałam
tak kilka minut rozkoszując
się spokojem i cichą pewnością, że wszystko jakoś się ułoży
i będzie dobrze.
Potem
otworzyłam oczy, i
powoli odwróciłam
się do Ewy,
która
jak się okazało stała tuż obok mnie.
Moja
mina chyba
zbiła
ją
z pantałyku.
-
Co? - zapytała
niepewnie.
-
Dziękuje
ci, że mnie tu przywiozłaś.
-
Nie
ma za co. - odpowiedziała uśmiechając
się. Chwyciła moją dłoń i uścisnęła ją.
- Dobrze się czujesz? -
zapytała cicho.
-
Tak. Dawno
tak dobrze się nie czułam.
-
Nawet
nie wiesz, jak bardzo się cieszę!
- uśmiechnęła się -To
co robimy? Na co masz ochotę?
- Hmm.. nie wiem. Może
najpierw chodźmy do portu, a potem wrócimy tutaj? I zostaniemy do
zachodu słońca?
- Jak widzę dziś na
spokojnie. Mnie pasuje.
To
był udany wieczór. Bardzo spokojny, ale udany. Tak jak ustaliłyśmy
najpierw poszłyśmy na molo, a później wróciłyśmy na plażę
obejrzeć zachód słońca. Wszędzie
było mnóstwo ludzi. Jedni siedzieli w barach i zajadali lokalne
przysmaki, inni spędzali czas na plaży, rozmawiając
ze znajomymi i sącząc piwo. Jeszcze
inni kapali się w morzu lub tylko moczyli nogi.
Dzieci budowały zamki z piasku
lub inne wyrafinowane budowle.
Po
zachodzie
słońca wróciłyśmy do pensjonatu i prawnie od razu położyłyśmy
się spać. Byłyśmy wykończone po dniu tak pełnym wrażeń.
Następnego dnia rano
zajęłyśmy się zwiedzaniem Łeby. Byłyśmy też w Słowińskim
Parku Narodowym, żeby zobaczyć osławione ruchome wydmy. Dzień był
wprawdzie upalny, ale bardzo przyjemny. Po obiedzie, na który
zjadłyśmy pyszne grillowane ryby, poszłyśmy opalać się na
plażę. Późnym popołudniem wróciłyśmy do pensjonatu.
Wieczorem już po kąpieli,
kiedy siedziałam na łóżku i walczyłam ze swoją cyfrówką (za
nic w świecie nie chciała mi pozwolić na zgranie zdjęć na
laptopa). Do pokoju weszła Ewa, rzuciła swoją torebkę na podłogę
i usiadła na moim łóżku. Popatrzyła mi przez ramię i parsknęła
śmiechem:
- Zawsze byłaś uparta!
Myślisz, że ona podda się tak łatwo?!
- Zmuszę ją do tego!
Zobaczysz! - byłam zdesperowana i bardzo starałam się wygrać to
starcie z tym małym, przeklętym ustrojstwem.
- Słuchaj... - powiedziała
Ewa już normalnym głosem. - Mam pomysł. Pamiętasz, jak kiedyś
uwielbiałaś biegać? Dawało ci to wiele radości. Zawsze dzięki
temu byłaś taka zrelaksowana, prawda? Może powinnaś do tego
wrócić? Myślę, że to właściwa pora. - spojrzałam na nią
zdziwiona. - Nigdy nie chciałaś biegać po plaży? - mówiąc to
uniosła jedną brew - Dlaczego właściwie przestałaś?
Zastanowiłam się chwilę nad
jej słowami.
- Robert... Nie podobało mu
to. Ale może masz rację? Może rzeczywiście powinnam wrócić do
biegania? Zawsze pomagało mi to w jakiś sposób pomagało... Tak...
– powiedziałam po chwili namysłu - Myślę, że powinnam
spróbować. Zacznę od jutra.
- Jesteś pewna?
- Tak. Po co czekać? I tak
już czekałam zbyt długo.
- Super. Nie wiedziałam, że
tak łatwo pójdzie. Wiesz, nie będę ci towarzyszyć... jakoś
zawsze wolałam... fitness? - roześmiała się nerwowo.
- Jasne, rozumiem. Zresztą i
tak wolę biegać sama.
- Dobra, chodźmy spać. Jutro
kolejny dzień wakacji. Musimy mieć siłę, żeby maksymalnie go
wykorzystać.
Następnego dnia rano wstałam
o szóstej, ubrałam wygodne ciuchy i poszłam biegać. Nie było
łatwo. Nie powiem. Mimo wszystko minęło sporo czasu od mojego
ostatniego joggingu. Ale dawałam radę. Po jakiś dziesięciu
minutach byłam już na plaży. Nigdy nie byłam nad morzem o tej
porze dnia. Stalowoszare morze miało w sobie jakąś magię, której
nie można było doświadczyć ciągu dnia. Plaża była prawie
zupełnie pusta. Gdzieniegdzie widać było tylko stada ptaków.
Biegłam wzdłuż linii wody,
kiedy telefon w mojej kieszeni zawibrował. Wyjęłam go i spojrzałam
na ekran – przyszedł SMS. Zatrzymałam się, żeby go odczytać. I w tym właśnie momencie ktoś na mnie wpadł. W
wyniku uderzenia zachwiałam się, smartphone wyleciał mi z rąk i
upadł na piasek. Stanęłam jak wryta, nie do końca rozumiejąc, co
się dzieje. Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam, że jakiś facet
kuca przede mną i podnosi z piasku mój telefon. Już miałam zacząć
się na niego wydzierać, ale podniósł głowę. W mgnieniu oka zrozumiałam kim jest. Wykrztusiłam tylko:
- O mój Boże...